Tajniacy u kandydata do PE, cz.1

Państwo policyjne w akcji
Państwo policyjne w akcji fot. Maciej Kowalski
Kiedy w 2011 zdecydowałem się na start w wyborach do Sejmu, następnego dnia dostałem wypowiedzenie z pracy z urzędu marszałkowskiego. Dzisiaj, na kilka dni po wyborach do Parlamentu Europejskiego, dostaję obstawę tajniaków.

Dwóch mięśniaków z tępym wyrazem twarzy ledwo mieści się w czarnym Suzuki z przyciemnianymi szybami. Od wczoraj auto stoi na podjeździe do mojego domu.
- "Panowie do mnie?"
- "Nie nie, tak sobie siedzimy" - odpowiadają obaj równocześnie głosem robocopa.
Chwytam za telefon, dzwonię na 112 i melduję podejrzanie wyglądające auto straszące sąsiadów. Po kilkunastu minutach przyjeżdża patrol Policji i Straży Miejskiej. Kontrolują dokumenty, bezradnie kiwają głowami, oddają i odjeżdżają. Tajniacy nawet dupska z foteli nie ruszyli, spławili krawężników przez szybę. Jeden z nich, w czerwonej ortalionowej kurtce i klasycznej czapce z daszkiem poszedł tylko w krzaki się wysikać. W końcu ileż można, tajniak też człowiek.

Dzwonię ponownie pod 112 z pytaniem, co udało się ustalić w czasie kontroli. "Tak", pada odpowiedź. Ale co tak? "Tak, była interwencja". Co się udało ustalić? "Tego nie mogę Panu powiedzieć, bo to byli policjanci, detektywi jacyś czy coś". W tym samym czasie, kiedy panowie policjanci obserwowali jak jem śniadanie i odprowadzam synka do przedszkola, miało miejsce kilka gwałtów, dwa zabójstwa i niezliczona ilóść napadów i kradzieży.

Ciąg dalszy, nieuchronnie, nastąpi...
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Wybory do Parlamentu Europejskiego
Skomentuj